Czasami w pracy bywa tak, że trzeba zmienić sprzęt. Może wynikać to z parametrów dotychczasowego laptopa, problemów z jego działaniem, specyficznymi potrzebami lub po prostu pragnieniem zmiany. Niedawno tak się stało w moim przypadku - biurowy sprzęt zaczął niedomagać, jakiś czas temu fizycznie uszkodziłem klawiaturę, przez co mimo interwencji serwisu irytowała podczas spotkań (kiedy nie miałem zewnętrznej), co jakiś czas Windows 11 prezentował "atrakcje" w postaci rozmytego ekranu (mimo nowych sterowników karty graficznej), a bateria przestała wystarczać nawet na krótkie wizyty u klienta. Co prawda, to wszystko po czterech latach, więc nie jest to zły wynik, ale w porozumieniu z szefami uznałem, że czas na zmianę.
I to zmianę totalną. Ogólnie nie przepadam za wybieraniem sprzętu - męczy mnie przeglądanie parametrów, porównywanie dostępnych opcji i poczucie, że zawsze mogę coś przeoczyć lub dołożyć trochę pieniędzy, aby mieć coś lepszego. I jeszcze dołożyć. I jeszcze. Z drugiej strony, stwierdziłem, że może być to okazja do większej rewolucji i zmiany nie tylko laptopa, ale też systemu operacyjnego. Przez chwilę rozważany był Linux, jednak okazjonalna praca na nim na serwerach to jedno, ale używanie go w pełnym wymiarze zawodowym to dość ryzykowna sprawa, biorąc pod uwagę doświadczenie oraz zadania, z którymi mam do czynienia. Dlatego przełamałem się i poprosiłem "górę" o pierwszy w moim życiu sprzęt z macOS na pokładzie.
(fani Apple'a są proszeni o pominięcie następnego akapitu)
Musicie wiedzieć jedno - delikatnie mówiąc, nigdy nie byłem fanem Apple'a jako firmy oraz jego urządzeń. Głównym powodem była przesadzona w mojej opinii cena oraz dość nieprzyjemne wrażenie po dyskusjach w sieci, w których fani "Jabłek" zachowywali się niekiedy jak wyznawcy religii, mówiąc "raz spróbujesz Apple'a, nigdy nie wrócisz do Windowsa/Androida". Nie bez powodu spotkałem się parę razy z określeniem "Kościoła" tej marki. Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy na Twitterze (znanym teraz jako X) zapytałem niegdyś, jaki smartwatch byłby polecany do pewnego konkretnego zadania i wyraźnie zaznaczyłem, że z pewnych powodów (urządzenia miały być kupowane w bardzo dużej liczbie przez osoby niekoniecznie majętne) nie może być to Apple Watch. Wśród odpowiedzi, które dostałem, mimo wszystko bardzo często powtarzało się "Apple Watch", a jedna osoba napisała mi nawet, że jeśli proszę o wybór innego zegarka, to on nie widzi sensu dyskutowania ze mną. Inny przypadek dotyczył próby zademonstrowania łatwości interfejsu iPhone'a i dziwnych minach prezentującego, gdy prosiłem go, aby pokazał, jak łatwo zmienia się sygnał dźwiękowy na swój własny (np. ulubiony utwór muzyczny) przy przychodzącym połączeniu. Dla tych, co nie wiedzą - jest to "trochę" trudniejsze niż w Androidzie.
Przepraszam za te złośliwości - musiałem to z siebie wyrzucić.
Tym niemniej, o MacBookach krąży też sporo pochlebnych opinii, szczególnie wśród programistów i grafików. Zainstalowany system operacyjny ma swoje korzenie w platformie Unix, co oznacza, że wykorzystanie pewnych aplikacji (także konsolowych) będzie prostsze, a całość działa szybko (zakładając procesor ARM-owy, taki jak M1, M2 lub nowszy), sprawnie i w dodatku ma potężną baterię. Sam design ma dla mnie znaczenie drugorzędne, jednak powszechnie chwalona intuicyjność systemu również stanowi interesującą cechę, którą chciałem sprawdzić. Dodatkowo, jakby nie patrzeć - wiele technicznych osób korzysta z laptopów od Apple'a i jest zadowolonych, więc ważąc wszystkie argumenty, dołączyłem do tego grona.
Po spędzeniu paru tygodni z 14-calowym MacBookiem Pro z procesorem M2 z 2023 roku, podczas których przechodziłem fazy od "na co mi to było" do "w sumie jest w porządku" mogę powiedzieć, że w miarę polubiłem się z komputerem Apple'a, choć - ku rozpaczy kolegów "ajfoniarzy" - nie pokochałem go i nadal widzę wady, niekiedy zastanawiając się, o jakiej intuicyjności wcześniej mówili. I między innymi o moich wrażeniach jest ten artykuł, aczkolwiek jego celem jest również pokazanie, jak firma IT może skorzystać na posiadaniu choćby jednego takiego sprzętu, a także jak odnaleźć się po przesiadce z Windowsa na macOS.
Zaczniemy od wątku z firmą.
Dlaczego software house powinien mieć różne systemy?
Zauważcie, że tytuł tego rozdziału nie brzmi "dlaczego powinien mieć macOS-a", tylko rozszerzamy to na różne systemy operacyjne. Wbrew temu, co myśli wiele nieinformatycznych osób, software house'y nie są w stanie posiadać i weryfikować oprogramowania na każdej możliwej konfiguracji, którą można spotkać na rynku. Zwłaszcza, że "konfiguracja" to pojęcie bardzo szerokie w tym aspekcie i może dotyczyć zarówno smartfonów z różnymi ekranami i systemami, jak i właśnie komputerów. Często firmy są w stanie sprawdzać aplikacje różnych przeglądarkach, które dość łatwo zainstalować, jednak w grę wchodzą też przeróżne ustawienia użytkowników i choćby wtyczki pozbywające się reklam, które też potrafią wpłynąć na "normalne" oprogramowanie. Zwyczajnie nie da się zweryfikować każdego przypadku. Najbliżej tego są profesjonalne firmy testerskie, ale podejrzewam, że nawet one mają z tym problem.
Warto jednak zadbać o to, aby w firmie IT była pewna różnorodność dotycząca systemów operacyjnych zainstalowanych na komputerach, zwłaszcza, jeśli zakres usług software house'u jest dość szeroki. W przypadku Linuxa ma to większe znaczenie ze względu na narzędzia, które stosuje się do wytwarzania oprogramowania - poza np. Redisem, dobrze też sprawdzić działanie aplikacji na Pingwinie, choćby ze względu na tak prozaiczne cechy jak rozróżnianie małych i dużych liter w nazwach plików. Zdarzało się, że przez nieuwagę takie rzeczy wychodziły dopiero na docelowym, linuksowym środowisku.
Ale warto też mieć co najmniej jeden sprzęt z systemem macOS. Najważniejsza korzyść w przypadku tworzenia aplikacji webowych to Safari - tutaj już możemy liczyć na to, że użytkownicy i klienci mogą posiadać komputery z Jabłkiem (co w przypadku Linuxa jest raczej ewenementem), a zatem w dużej mierze uruchomią naszą aplikację za pośrednictwem charakterystycznej dla Apple'a przeglądarki. A ta lubi sprawiać psikusy pod kątem interpretacji dyrektyw CSS, co sprawia, że warto zerkać, jak prezentuje się na niej nasza strona. Inna korzyść może dotyczyć aplikacji mobilnych tworzonych przy użyciu frameworków hybrydowych, takich jak Ionic. Aby zbudować paczkę dla systemu iOS, trzeba posiadać macOS. Można to ominąć poprzez wynajęcie dostępu do środowiska w chmurze na dany czas, ale na dłuższą metę nie ma to sensu podczas testowania aplikacji.
Jeszcze inna, już mniej oczywista, zaleta to zwyczajnie zapoznanie się z systemem, także "biernie" poprzez zwykłą obserwację w zespole. Programiści dobrze wiedzą, że ludzie nie patrzą na nich wyłącznie jak na osoby piszące kod - przecież programista to informatyk, a każdy informatyk zna się na komputerach, prawda? No, nie całkiem, ale nie wiedzą o tym klienci (i rodzina), którzy czasami mogą poprosić o jakieś drobne techniczne przysługi, choćby podczas spotkania i napotkania problemów w rodzaju podłączenia do rzutnika. Brzmi prosto, ale w momencie, kiedy zleceniodawca posiada macOS, a programista w ogóle nigdy go nie widział na oczy, może zrobić złe wrażenie, nie potrafiąc pomóc w pozornie prostej sytuacji.
Czy to oznacza, że w takim razie cały zespół powinien przejść na "maki"? Nie do końca, a już na pewno nie, jeśli software house pracuje z klientem, który korzysta z oprogramowania windowsowego, jak np. system kadrowo-księgowy instalowany na komputerze i tworzonya aplikacja będzie się z tym programem integrowała. Oczywiście, sama integracja nie zawsze wymaga posiadania Windowsa u siebie, ale zapoznanie się ze środowiskiem - już często tak. Także bywa, że Windows jest potrzebny bardziej niż się wydaje. Dodatkowym problemem jest cena sprzętu, ale o tym jeszcze zdążę wspomnieć. Zresztą, nawet Google nie zawsze może pozwolić sobie na ten sprzęt dla każdego pracownika.
Podsumowując tę sekcję, z jednej strony warto dywersyfikować środowisko, w jakim działa zespół, a z drugiej - należy zwrócić uwagę na kontekst biznesowy, w jakim operuje software house. Nie zawsze jest sens dzielić na siłę programistów według systemów i zwykle po prostu trzeba spojrzeć na to, z czym przyjdzie im pracować. Lub po prostu posłuchać ich preferencji.
Zalety MacBooka okiem nowicjusza
Tak, jak wspomniałem, w chwili pisania tego artykułu mam za sobą krótki czas korzystania z macOS i na dodatek na co dzień w domu cały czas korzystam z Windowsa. Mam zatem świeże porównanie obu systemów i cały czas przyzwyczajam się do produktu Apple'a. Tym niemniej, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie mogą go uwielbiać oraz gdzie sam zauważyłem poprawę.
Po pierwsze, trzeba potwierdzić to, że bateria i przenośność MacBooków to faktycznie bajka. Nie sprawdzałem tego w praktyce, ale na bazie swoich doświadczeń jestem w stanie uwierzyć, że ten laptop przy rozsądnej pracy jest w stanie wytrzymać 8-10 godzin, a nawet dłużej. W dodatku piekielnie łatwo człowiek się z nim przemieszcza i nie czeka kilku minut na wyjście z trybu uśpienia, a jedynie sekundę. To sprawia, że nawet bardziej niż dla programistów, widzę zastosowanie MacBooków w pracy osób z kadry kierowniczej, często uczestniczących w spotkaniach w różnych lokalizacjach i nie zawsze z możliwością doładowania baterii. Ten wynik akumulatora psuje trochę konieczność podłączenia huba na interfejsy USB typu A (czyli 2.0 i 3.X) oraz dysk zewnętrzny - te elementy wpływają na szybkość utraty energii, jednak nadal jest bardzo wątpliwe, abyście w pełni podłączeni do urządzeń peryferyjnych stracili baterię podczas dwu-, a nawet trzygodzinnego spotkania. Podczas 2 godzin intensywnej rozmowy z klientem, gdzie miałem podłączone dwa urządzenia przez huba, dysk zewnętrzny oraz monitor (również przez huba), co chwilę udostępniany był ekran, aktywny głośnik, kamera itd., straciłem ok. 40% baterii. Wynik nie do osiągnięcia na Windowsie.
Po drugie, touchpad, a raczej gładzik działa lepiej niż się spodziewałem. Słyszałem o nim legendy, ale jako osoba, która całe życie korzystała z myszki i nigdy nie mogła przyzwyczaić się do poruszania kursorem we wbudowanych panelach w laptopach, tutaj jestem miło zaskoczony. I nie chodzi nawet o gesty, które pomagają w obsłudze, ale o tak prozaiczną rzecz jak konieczność fizycznego kliknięcia gładzika, aby rzeczywiście coś wybrać na ekranie. To sprawia, że nie boję się już dotykać tego obszaru z obawy przed tym, że coś przypadkowo uruchomię, dzięki czemu po prostu czuję się pewniej. Mimo że nadal przez 80% czasu korzystam z zewnętrznej myszki (normalnej, nie Magic Mouse'a), to gładzik działa naprawdę dobrze podczas normalnej pracy.
Po trzecie, czuć, że system działa dość szybko i sprawnie. To, oczywiście, zasługa nie tylko samego macOS, ale też (a może i przede wszystkim) procesora w architekturze ARM, którym jest u mnie M2 Pro z 10 rdzeniami. Ma się poczucie, że można efektywnie wykonywać swoją pracę, co w przypadku Windowsa też jest możliwe, ale po jakimś czasie pojawia się w nim ociężałość systemu i wymagane są gruntowne porządki. Dodatkowo, MacBook jest naprawdę cichy i ciągle chłodny mimo długiej pracy. Aczkolwiek to będzie trzeba zweryfikować po kilku latach korzystania ze sprzętu. Na razie pod tym kątem jest rewelacyjny.
Po czwarte, ekran i kolory są całkiem wyraźne. To dla mnie o tyle istotne, że jestem osobą z dość słabym wzrokiem, a w przypadku sprzętu Apple bardzo obawiałem się zejścia do laptopa o ekranie 14-calowym (na jaki się zdecydowałem), nie mówiąc już o 13-calowym. Jednak okazało się, że jest naprawdę dobrze pod tym względem i praca na wyświetlaczu Retina to przyjemność. Co prawda, w międzyczasie wymieniłem też okulary i to na pewno też pomogło, ale ekran po prostu muszę docenić. Podobnie jest z dźwiękiem - głośniki w MacBooku są dobre i nie mam poczucia, że tracę przez nie bardzo dużo ze słuchanej muzyki. Problem pojawił się dopiero w momencie, kiedy próbowałem korzystać z nich podczas telekonferencji, gdyż rozmówca wyraźnie słyszał echo swoich słów. Ale nie mam pewności, czy to kwestia samego położenia głośników, czy czegoś innego.
Po piąte, niektóre elementy systemu są naprawdę dobrze przemyślane. Ikony na górnym pasku, sposób poruszania się po systemie i dbałość o spójność interfejsu aplikacji to bardzo pomocne cechy w odnalezieniu się nowego użytkownika. Może to szczegół, ale na tyle miły, że od razu lepiej się pracuje. Przykładem jest choćby skrót do tworzenia zrzutu ekranu i jego późniejsza obsługa (CMD + SHIFT + 4) czy przełączanie między oknami tej samej aplikacji (CMD + ~). O skrótach będę jeszcze potem pisał.
Ale ja z kolei nie jestem taki miły jak projektanci UX Apple'a i muszę wymienić parę wad.
Wady MacBooka okiem nowicjusza
Włożę kij w szprychy i na pierwszy ogień skrytykuję cenę, mimo że wiele osób popuka się w czoło. "Przecież jakość kosztuje", "to dobry sprzęt" - pewnie powiecie. I macie rację. Ale nie uważam, aby na tyle dobry, żeby za moją wersję laptopa należało zapłacić 11 000 zł. Zdaję sobie sprawę, że koszt będzie większy niż w przypadku "normalnego" laptopa, gdyż - jak twierdził Steve Jobs - "Apple nie sprzedaje śmieci", ale mam też świadomość, że pewien procent tej wartości to opłata za markę i poczucie, że należy się do "elitarnego klubu". I nie dotyczy to tylko MacBooków, ale też innych sprzętów od tej firmy, peryferiów (dodatkowe 512 GB miejsca na dysku za 3000 zł…) i nawet nie tylko technikaliów - wiedzieliście, że ściereczka do wycierania ekranu kosztuje 119 zł?
A przecież ta cena laptopa nie uwzględnia kosztu potrzebnych aplikacji do pracy, dodatkowych usług (np. miejsca w iCloud). Nie będę ukrywał - za tyle pieniędzy i po tylu zachwytach ze strony środowiska miałem tak wysokie oczekiwania dotyczące jakości pracy, że mimo wszystko czuję się trochę zawiedziony, a może raczej niewystarczająco usatysfakcjonowany. I zdaję sobie sprawę, że wychodzę teraz w Waszych oczach za sknerę, skąpca. A może zwyczajnie nie jestem tak zauroczony Applem, aby z radością wyciągać portfel za każdym razem, gdy ta firma o to poprosi. No i pamiętajcie, że jestem z Poznania - to zobowiązuje.
Przejdźmy jednak do wad w samym użytkowaniu. Muszę przyznać, że przy uruchamianiu laptopa i początkowej konfiguracji napotkałem na sporą przeszkodę - nie mogłem bowiem wybrać właściwej strefy czasowej. Długo szukałem rozwiązania i okazał się nim restart systemu. Podobno było z rejestracją konta w App Store. Co w tym dziwnego, powiecie? Otóż to, że w życiu nie spodziewałbym się, że w świeżo zainstalowanym systemie, który w dodatku już się ponownie uruchamiał, będę wymagał jeszcze dodatkowych restartów do modyfikacji tak prostych ustawień.
Wiąże się z tym jeszcze inna rzecz - brak jasnych komunikatów o błędach. Przy problemach z deinstalacją aplikacji (swoją drogą, sama czynność rzeczywiście jest prosta i oznacza przeniesienie do kosza) nie jestem informowany, dlaczego nie mogę tego zrobić. Przy wspomnianych problemach z ustawieniem strefy czasowej czy założenia konta iTunes system również nie raczył podawać konkretnego komunikatu. Zdaję sobie sprawę, że jest to dostępne w systemie, ale nie chodzi o to, abym - znowu - w tak drogim sprzęcie musiał jeszcze zastanawiać się, co się dzieje, zamiast czekać, aż system poda mi rozwiązanie w klarowny sposób. Mam wrażenie, że intuicyjność i łatwość użytkowania tak przyświecała projektantom macOS, że zapomnieli o pewnych udogodnieniach dla osób, które potrzebują nieco więcej technicznych informacji.
Wspomniałem też o konieczności używania huba, ponieważ moja wersja MacBooka posiada trzy porty USB-C (ta liczba jest różna w zależności od wersji i wielkości), ale ani jednego na "normalne" USB. Wiem, że ten pierwszy to przyszłość i wygoda, natomiast dużo urządzeń peryferyjnych typu zewnętrzna klawiatura czy myszka, a także pendrive nadal w większości korzystają z USB-A, w związku z czym potrzebuję takich portów. I wiem, o czym teraz pomyśleliście, więc może uprzedzę Was przerobionym memem:
Inne wady, które bym wymieniał, nie są tak naprawdę wadami, gdyż albo wynikają z moich konkretnych oczekiwań oraz potrzeb (choćby uruchomienie Windowsa na wirtualnej maszynie, czego nie zrobię na ARM-ie na Virtual Boxie), albo ze zbytniego przyzwyczajenia się do Windowsa, albo ze zbyt krótkiego korzystania z systemu i niepoznania wszystkich jego zakamarków. Nie jestem przekonany do tego, czy to faktycznie tak intuicyjny system, jeśli w poszukiwaniu różnych opcji zdarza mi się częściej korzystać z przeglądarki Google niż od razu trafiać w dobre (bo "wynikające z logiki") miejsca w ustawieniach. Natomiast zdaję sobie sprawę, że to może być kwestia czasu i przyzwyczajenia.
Chcę tylko przekazać, że nie - nie są to sprzęt i system bez wad. To nie jest tak, że tutaj działa wszystko bezbłędnie i zgodnie z oczekiwaniami (choć z wieloma rzeczami rzeczywiście tak jest). I na pewno nie jest to środowisko, w którym się zakochałem i wyrzuciłem sprzęt z innymi systemami do kosza. Po prostu macOS i w ogóle MacBook jest dobry, nawet bardzo dobry, można go śmiało polecić i rzeczywiście są osoby, którym ten ekosystem tak przypadnie do gustu, że większość swojej elektroniki skonstruują wokół tej marki i tak zostanie na długie lata. Ale jest dużo przesady w stwierdzeniu, że jeśli ktoś spróbował Apple'a, to zawsze będzie z niego korzystał. Powiedziałbym nawet, że takie twierdzenie to fanatyzm i najgorsza odsłona "fanbojstwa". Lub po prostu zwykłe przekomarzanie się.
Jak odnaleźć się po zmianie Windowsa na macOS?
Od razu może napiszę, że poniższe informacje nie stanowią żadnego formalnego poradnika czy tutorialu dla nowych użytkowników sprzętu Apple'a. Te znajdziecie bez problemu na Youtubie, nawet w formie kompletnych, 5-godzinnych wprowadzeń. Chcę jednak podzielić się paroma wskazówkami, którymi sam zostałem obdarzony przez moich kolegów posiadających już sprzęt Apple'a (za co im dziękuję) lub dowiedziałem się o nich po samodzielnych próbach oraz poszukiwaniach.
Przede wszystkim, jeśli przychodzicie z Windowsa i jesteście przyzwyczajeni do częstego używania CTRL z lewej strony oraz dodatkowo zewnętrznej klawiatury innej niż Magic Keyboard, to polecam spróbować przestawić klawisze specjalne. U mnie na ten moment skończyło się na zamianie miejscami CTRL oraz CMD, co sprawiło, że palec szybciej przyzwyczaił się do Commanda oddalonego tylko o 1-2 (a nie trzy) klawisze od windowsowego układu. Drobna rzecz, a cieszy. Oczywiście, w Waszym przypadku taka zamiana może nie być potrzebna lub wyglądać zupełnie inaczej.
Po drugie, zdziwić Was może brak klawisza Delete. Jak zatem wygląda usuwanie plików? Otóż, jest to CMD + Backspace. A przy pisaniu tekstu działanie tego klawisza jest imitowane przez Fn + Backspace. Podobne problemy mogą mieć użytkownicy dużo piszący na komputerze, którzy do tej pory często korzystali ze skrótów CTRL + strzałka w lewo lub prawo, a także Home i End do przesuwania się od początku do końca linii - w MacBooku jest inaczej. Trzeba przyzwyczaić się do Option + strzałka (odpowiednik CTRL + strzałka) oraz CMD + strzałka (odpowiednik Home oraz End). Można przywyknąć, choć zabierze to trochę czasu.
W macOS dostępne są dwa tryby poruszania się po pulpicie (zwanego tutaj "biurkiem") - bez Stage Managera czy ze Stage Managerem. Powiem szczerze, że za namową kolegi z rozpędu przy wstępnej konfiguracji włączyłem ten drugi tryb. Jest on rzeczywiście elegancki i utrzymuje otwarte okna z boku, jeszcze bardziej poprawiając wrażenia wizualne. Jednak po jakimś czasie zorientowałem się, że wyświetlanie wielu otwartych okien obok siebie jest tutaj dość toporne, żeby nie powiedzieć "niemożliwe" - męczyłem się tak, że w końcu wyłączyłem Stage Manager i dopiero wtedy zaczęło mi się dobrze pracować. Znam jednak zwolenników obu trybów, więc każdy musi wybrać wersję odpowiednią dla siebie. Natomiast niezależnie od tego warto zainteresować się Mission Control, który odblokowuje wiele biurek, pomiędzy którymi można się przełączać poprzez CTRL i strzałki (lub przesunięcie trzema palcami w bok po gładziku), a na każdym mieć otwarte inne aplikacje.
W ogóle warto przyzwyczaić się do innego sposobu zarządzania aplikacjami - one tutaj nie są zamykane "tak łatwo". Zwykle są cały czas uruchomione w tle i widoczne na Docku (czyli pasku zadań), dzięki czemu ich ponowne włączenie jest szybsze. Wiąże się to z lepszym automatycznym zarządzaniem pamięcią przez system i o ile może dziwić na początku, to można się do tego przyzwyczaić, nawet jeśli ktoś tak dba o minimalną liczbę otwartych okien, jak ja. Plusem rozwiązania stosowanego przez macOS jest zwykle krótszy czas uruchomienia aplikacji.
Prawy przycisk myszy w samym gładziku? Naciśnięcie dwoma palcami lub CTRL + przyciśnięcie gładzika. Szybkie uruchomienie aplikacji poprzez wyszukanie? CMD + spacja aby włączyć Spotlight, wykonanie gestu zbliżania na gładziku lub wybranie ikonki Launchpada z Docka. Pokazanie pulpitu (a więc odpowiednik WIN + D)? Gest oddalenia wykonany pięcioma palcami na gładziku. Wybranie jednego z otwartych okien? Trzy palce do góry na gładziku. Przełączanie się pomiędzy wieloma oknami jednej aplikacji (np. różne okna przeglądarki)? CMD + ~. Zrzut ekranu z zaznaczeniem dowolnego obszaru na ekranie? CMD + Shift + 4 (warto też spróbować z innymi cyframi). Odświeżenie przeglądarki? CMD + R lub CMD + Shift + R. Zablokowanie komputera, a więc odpowiednik WIN + L? Po prostu naciśnięcie włącznika lub zamknięcie klapy laptopa. Dzięki temu można zacząć w miarę szybko poruszać się po systemie, natomiast trzeba pozwolić sobie na wyrobienie pamięci mięśniowej przy korzystaniu z różnych opcji.
MacBook dysponuje świetną baterią, ale to nie oznacza, że należy ją zostawić bez nadzoru. Warto zaopatrzyć się w aplikację, która pozwala nam wybrać procent zapełnienia akumulatora i tym samym nie ładować go za każdym razem do 100%. W tym celu kolega z zespołu polecił aplikację AlDente i faktycznie warto ją wypróbować. Po jej zainstalowaniu w każdym momencie możemy ustalić maksymalny poziom naładowania i nie przejmować się ręczną kontrolą. Choć pewne wytyczne i tak warto przyswoić, nie tylko ze względu na MacBooka.
Kolejną rzeczą, niezmiernie ważną z punktu widzenia programisty, jest znalezienie odpowiedników pewnych aplikacji. Wiadomo bowiem, że wielu producentów tworzy paczki instalacyjne zarówno na Windowsa, jak i macOS, jednak istnieją też aplikacje dostosowane stricte do jednego środowiska. Do pierwszej grupy należą tak potrzebne mi w codziennej pracy programy jak choćby Slack, pakiet Office, Thunderbird, przeglądarki internetowe czy Visual Studio Code.
Niestety, istnieje też ta druga grupa i alternatywy dla aplikacji, bez których nie wyobrażałem sobie pracy na Windowsie. W niektórych przypadkach znalazłem zamienniki prawie od razu, a w innych nadal szukam ideału. Także poniższej listy nie traktujcie jako wytycznych, a raczej pozycje, które warto sprawdzić.
Windows Terminal, MobaXTerm -> iTerm2
Wiecie dobrze, że programiści dużo pracują z terminalem, a ponieważ macOS opiera się na systemie UNIX, to pewne przyzwyczajenia pozostają tutaj żywe. I co prawda, Apple udostępnia domyślny program, jednak nie bez powodu wiele osób poleca i stosuje iTerm2, który zawiera wiele udogodnień. I to przykład, kiedy oczekiwania nie pokrywają się z rzeczywistością.
Owszem, iTerm2 rzeczywiście jest dobry. Ale mam wrażenie, że w MobaXTerm, z którego też korzystam np. w domu, mogę więcej i łatwiej, nawet w darmowej wersji. Zapisywanie sesji było tam proste, dostępny dla użytkownika był też panel do graficznego przesyłania oraz pobierania plików, przez co nie było potrzeby korzystania z poleceń SCP. A tutaj? O ile nie odkryłem jeszcze jakichś pluginów lub opcji, to o graficznym udogodnieniu do zarządzania plikami mogę tutaj zapomnieć, a zapisywanie danych do sesji jak najbardziej jest, ale mam wrażenie, że mało intuicyjne i opiera się na profilach oraz menedżerze haseł (swoją drogą, macOS ma nieźle skonstruowany system pomocy - w górnym pasku wybieramy "Pomoc" i możemy szukać opcji z klawiatury). Zawiodłem się, aczkolwiek nie znalazłem jeszcze niczego lepszego.
Notepad++ -> TextMate (na razie)
Notatnik z dwoma plusami to dla mnie istny szwajcarski zegarek. To w nim piszę większość tekstów (w tym te na blog), otwieram duże oraz małe pliki, czasami edytuję kod (mimo że w większości robię to w VS Code), przeglądam duże pliki np. ze zrzutami bazy danych, robię notatki na spotkaniach, formatuję pliki XML oraz JSON do postaci "pretty" i przechowuję zapiski, których nie chcę zachowywać na dysku, tylko trzymam w pamięci, w poszczególnych zakładkach, które rzadko zamykam. Tym bardziej posmutniałem, gdy okazało się, że nie ma wersji tego wspaniałego narzędzi na macOS.
Poszukując alternatywy (oczywiście, darmowej - nie po to wydałem (a raczej moja firma wydała) tyle na sprzęt, aby teraz płacić za tak codzienne aplikacje), zetknąłem się choćby z Brackets, który jednak ma tę wadę, że nie przyjmuje plików większych niż 16 MB. A to już jest dużym ograniczeniem w przypadku otwierania np. zrzutów bazy danych, co zdarza mi się dość często (choć ostatnio akurat częściej poprzez Vima). Następnie sprawdziłem polecony mi na Mastodonie Zettlr, który zapowiadał się całkiem dobrze - umożliwia edytowanie plików zgodnie z językiem znaczników Markdown i jest świetny na spotkaniach oraz do pisania instrukcji. Jakiż więc był mój gniew, gdy okazało się, że nie pozwala otworzyć plików SQL i generalnie dowolnego formatu pliku, niezależnie od tego, jakby sensowne lub bezsensowne to było.
Wówczas polecono mi TextMate'a, który jest prosty, elastyczny i na ten moment robi to, co ma robić - służy na spotkaniach, ułatwia pisanie dłuższych maili. Tym niemniej, czuję, że nie jest to koniec moich poszukiwań i albo muszę poznać lepiej tę aplikację, albo pogodzić się z pewnymi ograniczeniami, albo przeglądać dalej Internet. Podejrzewam też, że czytelnicy zarekomendują pewne programy w komentarzach (lub skrytykują moje powyższe słowa, gdyż nie odkryłem jakiejś istotnej funkcji).
XAMPP -> MAMP
Jako programista nie lubię utrudniać sobie życia i mimo w miarę sprawnej obsługi konsoli lubię aplikacje przygotowujące mi środowisko za pomocą jednego kliknięcia. Przykładem jest XAMPP, który zawiera w sobie Apache2, MySQL-a (którego jednak akurat zawsze polecam instalować osobno) oraz wszystko, co jest potrzebne do konfiguracji PHP-a. Istnieje też możliwość korzystania z XAMPP-a w wersji portable i przełączania się (ręcznego, ale jednak) pomiędzy wieloma instancjami w celu uzyskania różnych wersji PHP.
I tutaj akurat macOS posiada ciekawą alternatywę w postaci MAMP, który jest w wersji darmowej oraz płatnej i faktycznie ułatwia życie. Umożliwia nawet przełączanie się w locie pomiędzy dwiema najnowszymi wersjami PHP 7 i 8 w parę sekund, bez restartu całej usługi. Jego jedyną wadą jest większe ukrycie plików konfiguracyjnych (co ma związek z zachęceniem do kupna wersji płatnej, która tutaj ma sens) oraz domyślne porty inne niż standardowe, które czasem trzeba zmieniać.
OpenVPN GUI -> Tunnelbrick
Tutaj przyznaję, że byłem wygłupiony - istnieje wersja OpenVPN-a na macOS, jednak jest to Connect, który nie do końca jest tym, czego się spodziewałem. A OpenVPN to ważne narzędzie, gdyż większość sieci VPN działa za jego pośrednictwem i opiera się na plikach z rozszerzeniem .ovpn, które się magazynuje i wykorzystuje do połączeń. Niestety, próby korzystania z oficjalnych narzędzi OpenVPN na macOS okazały się u mnie bezskuteczne, choć tutaj jestem świadomy, że to może być spowodowane moim brakiem wiedzy.
Na szczęście jest taki mały program jak Tunnelbrick, który wygląda niepozornie, ale robi dokładnie to, co OpenVPN GUI na Windowsie - przechowuje konfiguracje w postaci plików OVPN i umożliwia łączenie.
HeidiSQL -> DBeaver
Tutaj niektórzy pewnie krzykną, że przecież DBeaver jest też dostępny na Windowsie. Owszem, potwierdzam. Jednak nawet u nas w zespole jest podgrupa korzystająca z prostszego i łatwiejszego w użyciu, ale mniej stabilnego HeidiSQL-a oraz drugi zbiór osób obsługujących aplikację o szerszych możliwościach, ale trudniejszą, jaką jest DBeaver. Ja akurat należałem zawsze do pierwszej grupy, ale siłą rzeczy teraz musiałem przenieść się do drugiej i zwyczajnie polubić program z bobrem w logo. Jest to możliwe, choć wymaga zmiany przyzwyczajeń. Nie znalazłem do tej pory lepszego darmowego zamiennika.
WinSCP -> FileZilla
Ponownie program, który jest dostępny na każdej platformie, ale zacząłem z niego korzystać dopiero na macOS z konieczności. WinSCP był dla mnie niezwykle ważnym narzędziem do graficznej komunikacji poprzez SCP z uwagi na prostotę użycia oraz - co tutaj dużo mówić - przyzwyczajenie i tym samym szybkość obsługi. Wiedziałem, że muszę z tego zrezygnować po przeniesieniu się na komputer Apple'a i na szczęście, to akurat odbyło się w miarę bezboleśnie.
Przed FileZillą testowałem jeszcze Cyberducka, który był szeroko polecany, jednak okazał się dla mnie kompletnym niewypałem. W moich oczach charakteryzował się jako bardzo nieintuicyjny i ograniczony. W związku z tym pochyliłem się ku FZ i to był niezły wybór, bo o ile nie jest on tak kompaktowy jak WinSCP pod kątem np. przechowywania sesji, to wydaje się równie funkcjonalny i po prostu działa tak, jak chcę.
Podsumowanie
Zdaję sobie sprawę, że zbiorę gromy za ten artykuł. Osoby pracujące dłużej na MacBookach na pewno wytkną mi pewne nieścisłości i wskażą lepsze rozwiązania lub powody, dla których Apple skonstruował określone rzeczy. I rozumiem to oraz zachęcam do takich komentarzy - zawsze warto się edukować oraz poznawać nowe spojrzenia. Zwłaszcza, że w paru miejscach zapewne byłem bardziej złośliwy niż powinienem. Natomiast muszę jeszcze raz podkreślić jedną rzecz.
MacBook to naprawdę dobry sprzęt i może się podobać, a także umożliwić lepszą pracę. Wiadomo, że jest szczególnie ceniony przez programistów (choć to zależy, co dokładnie potrzebują), grafików czy montażystów filmowych. Moim zdaniem jest dobrym wyborem także dla osób będących często w biegu i uczestniczących w spotkaniach. Zdaję sobie sprawę, że może się też po prostu podobać, oczarować swoim ekosystemem (szczególnie jeśli ktoś ma dodatkowo iPhone'a, iPada itd.) i stanowić sprzęt na długie lata w kolejnych wersjach.
Natomiast to nie jest sprzęt idealny - taki zresztą nie istnieje. To nie jest tak, że jeśli Wam MacBooki się podobają, to nie istnieją osoby, które nie są zadowolone z ich użytkowania. Zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach jest to spowodowane długotrwałym korzystaniem z Windowsa i nawykami, które trudno zmienić, jednak po prostu trzeba to uszanować i nie starać się na siłę wszystkich "nawracać" na sprzęt Apple'a oraz dziwnie patrzeć na osoby, które go krytykują, często nie tyle za produkt, co niektóre ruchy samej firmy (jak widzicie, pominąłem w tekście ten wątek). Tak samo istnieją też osoby (i znam je osobiście), które po przejściu z Androida na telefon z iOS prędko wracali do "Robocika", gdyż zwyczajnie nie odnaleźli się w "Jabłku". Tak już bywa, na tym polega wolność na rynku elektroniki i oprogramowania - każdy używa tego, co chce i czego potrzebuje, także uwzględniając to, ile pieniędzy jest w stanie na to wydać. Bo, w nawiązaniu do przykładu z początku tekstu, krytykowanie kogoś za to, że np. szukając "po prostu" smartwatcha chce sprzęt tańszy niż Apple Watch i obrażanie się na taką osobę, jest po prostu oznaką braku dojrzałości.
Mam nadzieję, że udało mi się przedstawić swój punkt widzenia na ten sprzęt i przede wszystkim potwierdzić lub obalić pewne mity, które mogą zastanawiać osoby niemające kontaktu z Applem. Zachęcam do dyskusji w komentarzach, na której mogą skorzystać osoby chcące pogłębić swoją wiedzę oraz te wahające się jeszcze, czy warto zainteresować się tym sprzętem.
Za pomoc w przygotowaniu artykułu dziękuję kolegom z zespołu i ze studiów, którzy pozwolili mi poznać MacBooka i zachęcić do samodzielnego spróbowania - Rafałowi, Szymonowi (który szantażuje mnie teraz zdjęciem, na którym siedzę przed MacBookiem Airem w różowym etui), Aleksowi, Krzysztofowi i Erykowi.
Pozdrawiam i dziękuję - Jakub Rojek.
Komentarze